Wyścig zbrojeń, a co z baterią?!

wyścigCzytając tytuł tego tekstu zastanawiasz się pewnie drogi Czytelniku „o jaki wyścig zbrojeń chodzi”, „czy ten artykuł będzie o wojnie?” i „co do jasnej cholery ma do tego bateria”. Otóż „wyścig zbrojeń” jest to metafora, której użyłem, aby opisać to co dzieje się od jakiegoś czasu na rynku technologii komputerowej. Producenci komputerów jak i telefonów pakują do nich podzespoły o kosmicznych parametrach, tj. 8 rdzeniowe procesory o taktowaniu powyżej 2.5 GHz, 3GB RAM dla smartfonów, nie można zapomnieć także o ekranach, do których nazw dodawane są kolejne literki alfabetu, mające świadczyć o tym, że ekran wyświetla coraz bardziej ekstra hiper wyraźny obraz. W mojej skromnej opinii to jest tylko przekrzykiwanie się cyferkami i wmawianie klientowi, że potrzebuje czegoś co jest mu niepotrzebne, żeby tylko za wszelką cenę mu to wcisnąć za coraz większe pieniądze.

Tak, napisałem niepotrzebne i właśnie to słowo dobrze to opisuje. Według mnie już jakiś czas temu osiągnęliśmy zdecydowanie zadowalający poziom czy to ilości gigaherców, pojemności pamięci RAM, czy jakości wyświetlaczy. Pomimo tego wszyscy producenci dalej brną w to szaleństwo, a ja się pytam co z baterią?! W tej dziedzinie od bardzo dawna nie było przełomu z prawdziwego zdarzenia. Cały czas jedziemy praktycznie na tej samej technologii jeśli chodzi o baterie, ich wydajność się nie zmienia, a zużycie wzrasta w zastraszającym tempie wraz ze wzrostem niepotrzebnych parametrów. Co potwierdza te słowa? Weźcie jakąś starą Nokię czy inny telefon, na które mówi się teraz Feature Phone i przypomnijcie sobie ile trzymała bateria w takim urządzeniu… Dwa tygodnie to chyba był taki średni wynik. A teraz weźcie w drugą rękę jeden z najnowszych flagowych produktów, któregoś z mobilnych gigantów. Baterię w takim cacku trzeba ładować codziennie, a i to nie jest najgorsze, bo przy mocnym używaniu trzeba to robić nawet dwa razy dziennie. Rozpacz z tego powodu skłoniła mnie ostatnio do zakupy Power Banku o pojemności 10000 mAh. W sumie skoro mam wszystko co mi potrzebne w życiu przy sobie, w smartfonie (np. nawigację, bankowość mobilną, telefon, komunikator, dostęp do Internetu) to dlaczego mam też przy sobie nie nosić małej elektrowni, co nie?! CHORE.

Chromebooki

Temat rzeka… Wiem, ale chciałem się pochylić zaledwie nad paroma aspektem. Otóż dla niezorientowanych – Chromebook to laptop pracujący na systemie Chrome OS, którego całe działanie opiera się na czymś w rodzaju specjalnej wersji przeglądarki Chrome, z której pokładu mamy dostęp do podstawowych funkcji jakie są potrzebne w laptopie użytkowanym przez przeciętnego zjadacza chleba. Ponadto zaletą takiego rozwiązania jest to, że w zamyśle pomysłodawcy miało ono być sprzętem tanim. Ma to sens. Nie każdy potrzebuje drogiego pełnowartościowego laptopa do surfowania po sieci i ewentualnie kilku innych podstawowych czynności, jak sprawdzanie poczty czy prace w pakiecie biurowym. Wszystko fajnie, wychodzą pierwsze Chromebook’i ich cena to powiedzmy 200-300 dolarów, są w miarę chłodno powitane na początek, ale ich popularność bardzo szybko rośnie, ludzie się do nich przekonują. Takie coś popieram jak najbardziej. Ale już jakiś czas temu napotkałem na artykuł zapowiadający nowego Chromebook’a o nazwie Pixel i to przeczytanie właśnie tego tekstu skłoniło mnie do pewnej refleksji, którą tutaj właśnie wylewam. Otóż wspomniane urządzenie ma mieć następujące parametry:

Jednym urządzeniem zaprzeczyli wszystkim założeniom ideologicznym Chromebook’ów. Po pierwsze jak przy pomocy przeglądarki zapchać 4GB pamięci RAM? Chyba trzeba by odpalić pierdyliard kart. Do tego ten ekran. No OK, ktoś będzie chciał obejrzeć film i miło jest to robić przy w miarę fajnej rozdzielczości, no ale przepraszam! 2560 x 1700 pikseli (czyli coś bliskiego WQXGA) na 13 calowym ekranie?! Przecież to jest jakaś paranoja. Filmy w dwa razy mniejszej rozdzielczości zajmują po 5.5GB, czyli jakby policzyć, to filmy podobnej rozdzielczości co ekran zajmowałyby cztery razy tyle, czyli około 20GB… Warto też nadmienić, że Chromebook nie korzysta zbyt wiele z dysku fizycznego, bo jest to rozwiązanie bazujące na chmurze. Może mieć on co prawda ten 32 czy tam nawet 64 GB dysk, no ale na co to wystarczy? Na jeden film? Mam 22″ monitor i grafikę obsługującą 1080p (1920 x 1080 pikseli) i obraz jest żyleta, więc po co mi jeszcze większa liczba pikseli na mniejszym ekranie. Nie ma się więc co dziwić, że bateria, która przy normalnym sprzęcie dałaby nam super żywotność, padnie po max. 5 godzinach pracy. Jakby tego było mało, dzięki wszystkim tym „udogodnieniom” mamy sprzęt w cenie 1299 dolarów (w wersji najsłabszej oczywiście), czyli o 1000 dolarów, a może raczej lepiej powiedzieć, ponad 4 razy droższy od pierwotnych urządzeń.
Zdaję sobie sprawę z tego, że to ekstremalny przypadek, ale takich sprzętów będzie na pewno więcej i podobne przesadzanie ze specyfikacją można zaobserwować w innych gałęziach, nie tylko w temacie Chromebook’ów.

Jeszcze krótko o smartfonach

Na początek określę swoje stanowisko jeśli chodzi o smartfon idealny. Ekran 5 cali rozdzielczość 720 x 1280 AMOLED, czterordzeniowy procesor np. Snapdragon z taktowaniem w granicach 1.8 GHz, 2 GB pamięci RAM i 16GB pamięci masowej, aparat 8 Mpix z tyłu i 2 Mpix z przodu, bateria troszkę powyżej 2000mAh, do tego przydałoby się LTE i już jestem zaspokojony. Musicie przyznać, że patrząc po tym co mają obecne flagowce, te przedstawione przeze mnie wymagania są strasznie niskie, ale na pewno wystarczające osobie, która jest rozsądna. Telefon jest takim urządzeniem, które nie ma szans zastąpić komputera, co innego tablet (ale o tym będzie następny artykuł). Telefon powinien być względnie niewielki tak, żeby można go było zabrać ze sobą prawie wszędzie i nie musieć przy tym kupować spodni z powiększonymi kieszeniami, czy też tachać torby.
OK, określiłem swoje potrzeby, teraz rzućmy szybko okiem co tam mamy w przykładowym smartfonie „na miarę dzisiejszego rynku”. Za przykład posłuży nam świeżutki Samsung Galaxy Note 4 w jeden z dostępnych wersji:

  • czterordzeniowy procesor Snapdragon 805, składający się z czterech rdzeni Krait 450 taktowanych zegarem 2,7 GHz i układu graficznego Adreno 420
  • 3 GB RAM
  • ekran 5.7″ 1440 x 2560 px (515 ppi)
  • pamięć masowa 32 GB + czytnik kart microSD do 128 GB
  • aparaty 16 Mpix i 3,7 Mpix
  • bateria 3220 mAh

Co tu widzimy? Strasznie mocny procesor, który można porównywać z niejednym procesorem od wydajnego laptopa, ilość RAMu praktycznie nie do zapchania, ekran o tak zagęszczonych pikselach, że oczy krwawią ze szczęścia i do tego tak wielki, że nie zawiążesz buta bez wyjęcia tego urządzenia z kieszeni i na koniec pojemność, na której zmieścisz filmy i zdjęcia z całego swojego dotychczasowego życia i prawdopodobnie jeszcze do śmierci wystarczy.
Najbardziej rusza mnie fenomen tych nieprzeciętnych ekranów. Po co komu ekran większy niż 5 cali?! Żeby mieć problemy z jego wielkością i obsługiwać go obiema rękami?! Po co komu nawet te 1080 x 1920 pikseli na 5 calowym ekranie, bo o 1440 x 2560 już nie wspomnę?! Błagam! Przecież nikt nie będzie na smartfonie oglądał filmu czy chociażby serialu… To tak jak oglądanie zdjęć na 1.6 calowym ekranie nowego Apple Watch’a…

Mógłbym tak bardzo długo, ale już i tak przesadziłem z ilością znaków w tym tekście i zapewne nikomu nie będzie się chciało tego czytać… Ogólnie cały ten wywód można podsumować następująco: „Drodzy producenci, nie potrzebujemy już mocniejszych procesorów, więcej pamięci i lepszych ekranów! Zastanówcie się lepiej zamiast tego jak ułatwić nam życie i popracujcie trochę nad baterią, jej żywotnością. Po co mi telefon, na którym mógłbym zrobić prawie wszystko, jeśli nie mogę tego robić, bo boję się, że za moment mi się rozładuje, jak akurat będę potrzebował zadzwonić? Ponadto przestańcie cały czas „ulepszać” swoje sprzęt o parametry, których lepszych już nie potrzebujemy i wciskać nam kit, że nie możemy bez tego żyć, po czym sprzedawać nam coraz to nowe modele w cenach coraz bardziej astronomicznych.”